Dzień, który dzieje się raz
Cały dzień na kliszy — przygotowania, przysięga, pierwsze światło wieczoru. Fotografuję tak, żeby za trzydzieści lat dało się to wziąć do ręki.
Ślub, portret, reportaż — na kliszy, wywołane ręcznie w ciemni. Nie tysiąc podobnych ujęć z dysku. Jeden, wybrany kadr.
Naświetlam światłem chwili, wywołuję ręcznie w kuwecie i czekam, aż obraz wróci z ciemności. Żadnego seryjnego pstrykania — każdy kadr przechodzi przez moje dłonie, zanim trafi do Twoich.
„Cyfra pozwala poprawić. Klisza każe uważać."
Fotografuję na kliszy, bo klisza wymusza decyzję. Zamiast tysiąca podobnych ujęć zostaje kilkadziesiąt świadomych kadrów — naświetlonych raz, a dobrze. Potem jest ciemnia: wywoływacz, przerywacz, utrwalacz i cierpliwość, której nie da się przyspieszyć.
Powiększalnik, kuwety, czerwone światło. Miejsce, w którym negatyw zamienia się w odbitkę — taką, którą bierze się do ręki, a nie przewija kciukiem na ekranie.
Cały dzień na kliszy — przygotowania, przysięga, pierwsze światło wieczoru. Fotografuję tak, żeby za trzydzieści lat dało się to wziąć do ręki.
Sesja bez pośpiechu i bez wygładzania. W ciemnym studiu albo w Twoim świetle — tam, gdzie jesteś sobą.
Wchodzę cicho i zostaję do końca. Rodzina, warsztat, koncert, zwykły dzień, który za rok przestanie być zwykły.






Dzwonisz albo piszesz: kto, kiedy, gdzie. Odpisuję z wolnymi terminami i widełkami ceny. Bez formularza na trzy strony.
Kawa w Rembertowie albo telefon — jak wolisz. Pytam, czego boisz się przed obiektywem i co ma z tego dnia zostać. Jeśli chcesz, pokażę ciemnię.
Rolka ma trzydzieści sześć klatek, więc żadna nie idzie na próbę. Pracuję wolno, w świetle zastanym — więcej rozmowy niż komend.
Negatywy wywołuję sam, u siebie, przy czerwonym świetle. Tu decyduje się kontrast, głębia czerni i to, ile z tamtego dnia zostaje na papierze.
Dostajesz pudełko z ręcznymi odbitkami i skany w wysokiej rozdzielczości. Odbierasz osobiście w Rembertowie albo wysyłam kurierem.
Ceny orientacyjne — każdy dzień wyceniam indywidualnie po rozmowie.
Bo klisza wymusza uwagę. Nie ma podglądu na ekranie ani stu klatek na minutę — jest patrzenie i jedno naciśnięcie spustu. Kolor, ziarno i sposób, w jaki materiał radzi sobie ze światłem, powstają w emulsji, nie w filtrze. Takie zdjęcia starzeją się inaczej: za dziesięć lat wyglądają jak zdjęcia, a nie jak moda z jednego sezonu.
Dłużej niż na cyfrze i to jest wliczone w cenę. Materiał musi się wywołać, wyschnąć i zostać zeskanowany, a odbitki naświetlam pojedynczo. Orientacyjnie: skany z sesji portretowej w 3–4 tygodnie, komplet odbitek do 8 tygodni. Potrzebujesz kilku kadrów wcześniej? Powiedz od razu — zrobię je w pierwszej kolejności.
Mniej niż z cyfry i to jest celowe. Z sesji portretowej zwykle 25–40 kadrów, z całego dnia ślubnego 300–500. Nie dostajesz wszystkiego, co pstryknąłem — dostajesz to, co przeszło przez ciemnię.
Tak. Każdy wybrany negatyw skanuję w wysokiej rozdzielczości, więc masz komplet plików do druku i do sieci. Negatywy zostają u mnie w archiwum albo trafiają do Ciebie — jak wolisz.
Uczciwie: analog nie daje podglądu na miejscu, więc bezpieczeństwo buduje się procedurą. Naświetlone rolki wożę przy sobie, nigdy w bagażu, a wywołuję je partiami, żeby jeden błąd nie dotknął całego dnia. Na ślub biorę zapasowy korpus i zapas materiału. Jeśli chcesz cyfrowy dublet kluczowych momentów — ustalamy to przed sesją.
Tak. Rembertów to baza i ciemnia, ale jeżdżę po Mazowszu i dalej. Do około 50 km dojazd jest w cenie, powyżej doliczam koszt drogi, a przy ślubach dalej niż 150 km — nocleg. Wszystko widzisz w wycenie przed podpisaniem, bez dopłat po fakcie.
Termin blokuje umowa i zaliczka — dopiero wtedy dzień jest Twój i znika z kalendarza. Zaliczka to zwykle 30% ustalonej kwoty, reszta po sesji. W sezonie soboty schodzą z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, więc lepiej napisać wcześniej.
Opowiedz mi o dniu, który chcesz zatrzymać. Odpiszę w ciągu doby z pomysłem i wstępną wyceną — bez zobowiązań i bez sprzedażowej gadki.